magister
Częstochowa, Polen99%
Magyar Csárda. Jeżeli to się powie jednym tchem jako Modziorczordo, z atakującym akcentem na pierwszą sylabę, i tę pierwszą sylabę wyartykułuje się wyżej, a resztę powie się zdecydowanie niżej, a każde a wymówi się jako coś pośredniego między a i o, raczej bliżej o, to zabrzmi to tak fantastycznie po węgiersku, że rodowity Węgier lepiej by tego nie powiedział!
Przygoda z tą restauracją zaczęła się od deklaracji Prezesa, że chciałby w spektakularny sposób uczcić pewną bardzo okrągłą rocznicę. I w związku z tym całej naszej ósemce chce zafundować niezapomniany wieczór. To, że owa rocznica powinna być obchodzona dwa lata wcześniej, nie ostudziło naszego entuzjastycznego przyjęcia owej, jakże cennej, inicjatywy. Zwłaszcza, że Prezes stawiał ostre wymagania: ma to być najlepsza knajpa w Héviz. I obowiązkowo ma tam grać prawdziwa węgierska kapela!
Od naszej gospodyni dowiedzieliśmy się, że w zasadzie powyższe warunki spełnia tylko Magyar Csárda, restauracja już z samej nazwy węgierska, obszerna, i warta odwiedzenia, choć położona trochę daleko tak od nas, jak i od jeziora termalnego. Ale czy to, co jest nieco ponad 1000 m oddalone od centrum Héviz, może tą odległością istotnie wpływać na nasze chęci biesiadowania?
Prezes ustalił, że zaczniemy się weselić w piątek o godzinie 18. A ponieważ chciał mieć gwarancję, że nic naszej radości nie zakłóci, dzień wcześniej, też koło godziny 18, poszliśmy dokonać stosownej rezerwacji. Miły Węgier, stojący za barem, bez okazania cienia zdziwienia, sięgnął po zeszyt i z największą powagą wpisał w nim naszą prośbę, choć gołym okiem było widać, że, oględnie mówiąc, tłoku w restauracji raczej nie będzie. Bowiem czarda była bardzo, ale to bardzo obszerna. Oprócz sporej sali w środku lokalu, dysponowała dużym, zadaszonym tarasem na świeżym powietrzu.
Tak więc, gdy wychodziliśmy z restauracji, pełni poczucia dobrze spełnionego obowiązku, Prezes stwierdził, że zapomnieliśmy o najważniejszym! Otóż zapomnieliśmy się napić po kieliszku przy barze. Z przyjemnością przytaknęliśmy, iż natychmiast gotowi jesteśmy naprawić to karygodne niedopatrzenie. Gdy barman zobaczył, że wracamy, z twarzą pokerzysty wyjął zeszyt w przekonaniu, że będziemy doprecyzowywać szczegóły rezerwacji. Ale szybko wytłumaczyliśmy, o co chodzi, więc polecił nam kilkanaście prawdziwie węgierskich trunków, którymi, po starannym namyśle, spełniliśmy toast za przyjaźń polsko-węgierską! Koniec końców zostaliśmy przyjemnie zaskoczeni tym, że było to na koszt firmy!
Nazajutrz starannie wymyci i odświętnie ubrani stawiliśmy się gromadnie na miejscu. Nasze panie, oczywiście, kategorycznie stwierdziły, że musimy siedzieć gdzieś indziej, niż zapisane zostało tak precyzyjnie w odnośnym zeszycie. Nie było szczególnie trudne, bowiem byliśmy pierwszymi gośćmi, a czarda, jako się rzekło, była naprawdę spora.
I się zaczęło. Kapela początkowo zainstalowana na tarasie, przeniosła się w nasze pobliże. Sączyliśmy powitalne piwo i studiowaliśmy kartę menu otoczeni rzewnymi węgierskimi melodiami, które sprzyjają melancholii, która z kolei musi być leczona odpowiednio intensywnie. Kapela była trzyosobowa. Skrzypek grał fenomenalnie, choć nieco nonszalancko, jakby nie uważał za stosowne specjalnie się wysilać, żeby precyzyjnie dociągać absolutnie wszystkie nuty do ich właściwej wysokości. Cymbalista robił rewelacyjne tło; słychać było, że oprócz wielkiej biegłości i techniki czuł bezbłędnie grane kawałki, wzbogacając je całymi pochodami dźwięków. Pochodami właśnie! Dokładnie tak, jak cymbały to powinny robić.
Natomiast z basistą miałem problem. Na początku wydawało mi się, że jakby nie do końca był zgrany z resztą zespołu. Bardzo mi to przeszkadzało, bowiem, jako niegdyś muzykujący na basie właśnie, uważam (na zasadzie, że każda myszka swój ogonek chwali), że bas, obojętnie czy gitara basowa, czy kontrabas, jest instrumentem decydująco wpływającym na końcowe brzmieniu muzyki. Jest tym, czym przyprawa w potrawie, która przesądza o jej ostatecznym smaku, choć pozostaje nieco w cieniu. Na szczęście w miarę rozwijania się naszej biesiady, basista albo się rozegrał, albo inne obiektywne czynniki sprawiły, że wszystko coraz bardziej mi się podobało. Zwłaszcza, że skrzypek podszedł do naszego stolika i po kilku kawałkach, które przyjęliśmy entuzjastycznie, zaproponował kupno płytek. Dał nam do wyboru dwie pozycje. Prezes naturalnie nic nie wybierał i nabył natychmiast obie. Reszta towarzystwa była bardziej powściągliwa i kupowała w sposób bardziej wyważony. A ja skłamałem bezwstydnie, że nie mam w domu możliwości odtwarzania płyt CD, co towarzystwo przyjęło z ubolewaniem, współczując mi ogromnie.
Każdy z nas zamówił do jedzenia coś innego i właściwie wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni. Parę dni później okazało się, że siedem osób było naprawdę szczerze zaspokojonych. Natomiast Prezes przedobrzył, bowiem zamówił sobie jakiś koszmarnie drogi gulasz specjalnego rodzaju. A ponieważ było w nim coś, co spowodowało, że nie mógł się przemóc, to nie mógł go zjeść aż do końca.
Stało się tedy, że muzyka grała coraz rzewniej. Aż trafiła na czułe nuty narodowego przeboju wszech-czasów "Szła dzieweczka", który to hymn polskości odśpiewaliśmy z ogromnym zaangażowaniem, nie szczędząc gardeł ani zapału! Inne stoliki z zainteresowaniem przysłuchiwały się naszym popisom wokalnym. Tym bardziej, że mogły, owe stoliki, tylko jeść albo słuchać - żadna konwersacja nie wchodziła w rachubę. Zresztą później społeczność niemiecka wzięła się w garść i wychrypiała ichniejszy przebój o czerwonych różach, czy o czymś takim równie podniosłym. Tak więc pieśń wlewała się w śpiące Héviz wartkim potokiem, co z pewnością umożliwiało mieszkańcom grodu spokojny sen. Bowiem, jak uczono mnie w liceum na lekcji niemieckiego:
Wo man singt, dort lass' dich ruhig nieder,
böse Menschen haben keine Lieder!
co w moim wolnym, acz precyzyjnym tłumaczeniu, znaczy mniej więcej:
Gdy Prezes łka, choćby po niemiecku,
taka pieśń nie szkodzi nawet dziecku!
Matko Nasza Najdroższa! Jak sobie przypomnę, z jakim niewysłowionym zapałem spełnialiśmy: Egészségedre!
to - a niech mnie!